Translate

niedziela, 20 listopada 2016

Kątnik olbrzymi


Nasz kot miauczy tylko z trzech powodów. Jak chce jeść, wtedy wydaje się z siebie przeciągłe, irytujące miaaaaauuuu, niezależnie od pory dnia, często bladym świtem. Kiedy chce żeby go drapać. Wówczas miauczenie przybiera formę łagodnego mriau, przeplatanego mruczeniem i wkładaniem głowy w środek dłoni. No i kiedy za oknem, albo w domu pojawi się coś, co kot uzna za wybitnie interesujące i chce z tym czymś zawrzeć przyjaźń. Wówczas miauczenie przypomina raczej radosne mryyyyt, a kot wykonuje zabawne ewolucje wokół własnej osi. Takim radosnym mryt wita wróble za oknem, kota sąsiadów, rybiki oraz mrówki i pająki, które szczególnie w okresie otwierania balkonu wprost na ogród, czasem zupełnie nieproszone wchodzą do środka.

A skoro o pająkach mowa. To że panicznie się ich boję przemilczę. Małe, na chudych nogach jeszcze jakoś zniosę, ale tłusty krzyżak wiszący z winorośli przyprawia mnie o mdłości. Kot plus pająki równa się świetna zabawa. Kot uważa pająka za super kompana, dopóki mu nogi nie odpadną. Bez nóg nadal można go jeszcze trochę poturlać po domu, a na sam koniec zjeść. W lato pająków jest masa, a ja średnio dwa razy na tydzień drę się jak opętana w nadziei, że ktoś przybiegnie wielonoga zlikwidować. Pierwszy zawsze biegnie kot.

No ale mamy jesień. Pora pająków już minęła. W ogrodzie opadły liście, a tu nagle kot siedząc pod stołem rozpoczyna radosne mryyyt, co znaczy że tam jak nic czai się coś złego. Coś złego jest tak duże, że tułów schowało pod pałąkiem nogi od krzesła, a nogi przyczepione do tegoż tułowia wystają z jednej i drugiej strony. Kot niespiesznie popycha pająka, próbując go nakłonić do opuszczenia kryjówki, ale że jedna noga leży już kawałek dalej, pająk prawdopodobnie odkrył, że miłość kota bywa bolesna. Podchodzę bliżej, kot miauczy jeszcze głośniej żeby mi pokazać swojego nowego przyjaciela, pająk wynurza się spod nogi od krzesła i jest wieeeelki.... Drę się jak opętana, cała rodzina biegnie na pomoc, łapią pająka, kot skacze wokoło, jakby mógł to by krzyczał - daaaj miii go zjeeeść. Uff, chwilowo sytuacja opanowana.

Szukam w internecie informacji, z czym miałam do czynienia, bo owad był ogromny. Strach spowodował, że mogłabym przysiąc, iż miał kilkanaście dobrych centymetrów. Znajduję kątnika olbrzymiego, który jak wypisz wymaluj pasuje do rysopisu naszego ostatniego gościa. Strych mamy, drewno do kominka mamy, kartony do palenia w kominku też, idealne miejsce do życia dla kątnika.

Wraca do domu samiec Alfa. Od progu krzyczę - Misiu, misiu, ja już wiem po co ten pająk szedł po pokoju!. Gody tych pająków przypadają akurat na jesień, on szukał samicy!. Zapada chwila ciszy... - Czyli Ciebie? - pyta samiec Alfa.

No właśnie. Ja zawsze podświadomie wiedziałam, że idealny związek stworzę wyłącznie z pająkiem.





wtorek, 6 września 2016

Rekreacja na świeżym powietrzu

Uwielbiam wakacje, chociaż nie zawsze udaje mi się w czasie ich trwania odpocząć. Jak ktoś ma fantazję, fundusze i lubi taką formę rekreacji to dodatkowo może coś zobaczyć (popularnie nazywa się to zwiedzaniem :)). Ja w tym roku zwiedziłam góry, ale żeby ponownie nie pakować się w Tatry, w których ilość turystów przekracza ilość kamieni na szklaku, w tym roku wybraliśmy się w Karkonosze. Jak przystało na turystów wdrapaliśmy się z Młodym na znane i mniej znane okoliczne szczyty w mapą w ręku, żeby potem dziecko miało co w szkole opowiadać i żeby po ciężkim roku szkolnym nawdychało się trochę rozrzedzonego, górskiego powietrza.

Młody przez całą drogę z uporem godnym osła ze Shreka pytał - "to gdzie te góry?" naprzemiennie z "czy daleko jeszcze?". Zamiast więc kontemplować okoliczności przyrody, całą niełatwą drogę pod górę tłumaczyłam po co się chodzi w góry, co to są góry, gdzie są góry i dlaczego mimo że na to nie wygląda to jesteśmy w górach, a góra... a góra to będzie jak się przedrzemy przez warstwę poszycia, kamieni i kosodrzewiny.

I nawet jak mi się wydawało, że Młody już to polubił i wszystko zrozumiał, kiedy stawaliśmy na szczycie padało zawsze to samo pytanie - "i po co tu wchodziliśmy, skoro teraz trzeba będzie zejść?" :).
Od lat próbujemy w nim zaszczepić miłość do spacerów i rekreacji na świeżym powietrzu, ale z rekreacji w połączeniu ze świeżym powietrzem póki co Młody lubi wyłącznie komputer wystawiony do ogrodu.




czwartek, 28 kwietnia 2016

A tymczasem w pracowni

"Pop­rawnie sfor­mułowa­ny prob­lem za­wiera włas­ne rozwiązanie"- Ter­ry Prat­chett

Mój zapał to dzielenia się nowościami na blogu przypomina trochę sinusoidę.Obiecuję sobie za każdym razem, że od następnego tygodnia/miesiąca/kwartału będę już pisała systematycznie... tylko nie wiem skąd wziąć ten system ;).

Zawsze też obiecuję sobie, że przy większych projektach będę dokonywała dokumentacji zdjęciowej poszczególnych etapów pracy, którymi się oczywiście potem pochwalę, ale na obietnicach niestety się kończy... Na szczęście poza życiem wirtualnym moje życie biżuteryjne nie umiera i nawet jak nic nie piszę i niczego nowego nie pokazuję, to coś tam jednak w zaciszu pracowni tworzę.
 
A w sprawie bloga... od następnego miesiąca z pewnością się poprawię :).




niedziela, 20 marca 2016

Być jak Iza Malczyk...

 "Nieważne, co masz, ale jak to zdobyłaś." - Terry Pratchett

Idoli trzeba mieć. Gdybym lata temu nie trafiła w internecie na prace Izy Malczyk wykonane w technice wire wrapping, pewnie nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby się tą techniką w ogóle zainteresować. Lata mijały, Iza zmieniała style "wyplatania", a ja z wypiekami na twarzy śledziłam jej prace, nie mając częściowo czasu, częściowo odwagi, żeby zrobić z tym coś więcej.

Oczywiście długotrwała fascynacja najczęściej kończy się tym, że człowiek próbuje samemu wykonać przedmiot podziwu. co niestety w praktyce okazuje się często trudniejsze niż by się mogło wydawać... Sztuki tajemne mają to do siebie, że to co nawet w tutorialu wygląda łatwo, w praktyce stwarza masę trudności. Z wrappingiem jest jak z jazdą rowerem, jak już człowiek zacznie, to trudno przestać, ale mimo to z braku wiedzy na długo poświęciłam swoją uwagę formom prostszym i głównie asymetrycznym, podziwiając kunszt Izy "zza szyby" monitora.

Kiedy dotarła do mnie informacja, iż moje guru, mistrz Joda wire wrappingu, niedościgniony wzór drucikowych plątanin, których sposobu powstania nigdy do końca nie mogłam zrozumieć - będzie prowadziła szkolenia, wahałam się dwie minuty. To były dokładnie te dwie minuty, które poświęciłam na nerwowe przerzucanie kartek z kalendarza, żeby sprawdzić, czy nie mam w tym czasie akurat innych kolidujących zajęć. W efekcie udało mi się spełnić moje dwa ogromne marzenia. Po pierwsze - poznać Izę osobiście, a to przeżycie tak silne, jak spotkanie z kapitanem Picard'em dla fana Star Trek'a. Po drugie wykonać dwa niesamowite wisiory i poznać setkę przydatnych sztuczek, bez których teraz już nie wiem, jak mogłam w ogóle żyć.

Strona Izy to moja jaskinia dumania... http://izamalczyk.com/. Mimo, że niektóre prace widziałam na żywo, nadal nie mogę się wyzbyć wrażenia, że są nierealne.

A to już moje "dzieła" wykonane pod czujnym okiem Izy














poniedziałek, 7 marca 2016

A po nocy przychodzi dzień :)

"Logika to jedyny sposób, by być ignorantem wobec reguł." - Terry Pratchet 
 
Żeby nie wyszło na to, iż w kwestii art clay to ze mnie jest zupełne beztalencie (na co mogłaby wskazywać treść poprzedniego posta), postanowiłam nie zrażać się pierwszymi porażkami i eksperymentować dalej. Kolejne próby były coraz bardziej obiecujące :). W efekcie powstało kilka sporych rozmiarów wisiorów, które udało się z sukcesem wykończyć, wypalić, wypolerować i wystawić na światło dzienne.

Z efektów jestem już całkiem zadowolona, teraz czas na miniaturyzację :). Wisiory są naprawdę pokaźnych rozmiarów (i pokaźnej wagi) co przy materiale jakim jest art clay nie jest efektem oczekiwanym (niestety taka zabawa jest dość, żeby nie powiedzieć bardzo droga).









poniedziałek, 22 lutego 2016

Coraz trudniejsze początki

"Magia jednak ma w zwyczaju czekać w ukryciu niby grabie leżące w trawie" - Terry Pratchet 

O tym, że uwielbiam art clay nie będę już pisała :). O tym, że bez wzajemności też nie będę...

Jak to jednak często bywa z miłościami, to że druga strona nie do końca chce współpracować wcale nie przeszkadza mi próbować od nowa i od nowa, a nóż widelec coś się w naszych relacjach zmieni. Moje wcześniejsze prace wykazywały wyraźne przyciąganie mieszane. Jedna praca była super, inna nadawała się do kosza, w jedną mogłam się wpatrywać godzinami, inna nadawała się wyłącznie do gruntownej przeróbki lub wręcz do przetopienia.

a propos przetopienia właśnie... :)

Niezrażona porażkami usiadłam ponownie do lepienia, rzeźbienia, suszenia, klejenia, doklejania, rolowania i wszystkich innych czynności, które miały mnie w ostatecznym rozrachunku doprowadzić do wymarzonego efektu końcowego. Florystyczno-motylkowe wzory "chodziły" za mną od dawna. Nawet miałam rozrysowane na kartkach wisiory, co rzadko robię. Oczywiście wyobraźnia i rysunki to jedno, a lepienie w mokrej masie to zupełnie inna bajka, ale na koniec zadowolona z siebie wytworzyłam kilka wisiorów, czy też dopiero elementów wisiora, które po dniach kilku suszenia (żeby mieć już taką absolutną gwarancję, że wysuszone są :)) miałam zamiar wypalić.

a propos wypalania...

Pieca nie posiadam, wypalanie palnikiem gazowym jakoś nie do końca mi odpowiadało, nabyłam więc drogą kupna pojemniczek do wypalania form niewielkich w mikrofalówce. I tu pojawił się niewielki, ale jednak problem. Instrukcja nakazywała wypalać art clay w kuchence nastawionej na 500W, a moja posiadała pokrętła pozwalające ją nastawić wyłącznie na W 450 lub 600... Oczywiście, że mogłam wybrać 450, wypalić, sprawdzić czy się wypaliło dobrze i najwyżej jeszcze trochę podgrzać. Ale inżynier niecierpliwym jest i musi efekt zobaczyć szybko. Rach ciach 600W ustawione i kuchenka ruszyła...

Efekt końcowy szczerze mnie zaskoczył :). Pudełko zupełnie nie dawało po sobie znać, że w środku zachodzą alchemiczne procesy przetwarzania wisiora w wielki srebrny glut. Bo inaczej tego co ujrzały moje oczy po otworzeniu pojemnika nazwać nie można. Co więcej abstrakcyjny, zdeformowany glut miał w sobie nadal osadzone dwie cyrkonie.

A najzabawniejsze jest to, że tak jak nigdy tego nie robię, tak tym razem chciałam się pochwalić procesem i nawet poczyniłam zdjęcia w trakcie. Gdyby ktoś chciał przepis na wielkie, srebrne niewiadomo-co, to służę pomocą...






wtorek, 5 stycznia 2016

Cudownie kolorowe floresy

"Fir­ma­ment, to wy­myślna naz­wa na masę niczego. " - Terry Pratchet 

Zanim zaczęłam tworzyć biżuterię, przez wiele lat zbierałam kamienie szlachetne i półszlachetne, które są moją wielką miłością. Z tego też powodu, teraz kiedy już spełniam się jako projektant, lubię gdy przedmioty opisane są dokładnie, twórczo, z odrobiną fantazji, tak żeby Pani która taką biżuterię nosi miała poczucie cząstki tych emocji jakie towarzyszyły mnie podczas produkcji.

Moja siostra podjęła się ostatnio prowadzenia twittera i instagrama mojej biżuterii na co zupełnie nie mam czasu, musiała więc siłą rzeczy zapoznać z asortymentem dostępnym w sklepie. Po kilku dniach lektury dostałam sms'a o następującej treści: "Teraz mogę już opisy robić za Ciebie!. Piękny, oszałamiający, powodujący skręt kiszek i bóle głowy agat, o jasnolazurowej poświacie przypominającej morze karaibskie, z pięknie plecionymi floresami, cudnie oksydowane i przecierane szmatką dla większego blasku! I jak?".

Nic dodać, nic ująć :D.